Szpitalne rewolucje w Warszawie. Jak myśli lekarz?

Medycyna od zawsze budziła moje zainteresowanie m.in. z uwagi na fakt, że jest to dziedzina dynamiczna, stale rozwijająca się, dotycząca zdrowia i życia człowieka. Niejednokrotnie przekonałam się, że to dziedzina interdyscyplinarna, gdyż lekarz w pracy dotyka nie rzadko zagadnień psychiki ludzkiej, logiki, administracji czy nawet matematyki. Nie jestem lekarzem więc moja wyobrażenie skupia się na doświadczeniach od strony pacjenta, a z lekarzami miałam do czynienia wiele razy.

Rysunek obok zdjęcia okładki książki autorstwa J.Wasiukiewicz

Ostatnio przeczytałam ciekawą lekturę pt. „Jak myśli lekarz…i jak sprawić by nie popełniał błędów” Jerome Groopman. Jest to książka dedykowana wszystkim pacjentom, a szczególnie tym, którzy borykają się z problemami zdrowotnymi przez lata ze względu na to, że lekarze nie postawili dotąd właściwej diagnozy. Książka świadczy o tym, że nowoczesne podejście do medycyny, w szczególności stosowane procedury i używana aparatura nie są w stanie zastąpić myślenia lekarza, a niestety nierzadko wprowadzają go w błąd. Diagnostyka obrazowa i badania krwi obarczone są pewnym ryzykiem błędu. Jest także wiele naturalnych czynników, które mogą doprowadzić do błędu i tym samym wywołać nieodwracalne skutki dla pacjenta, ale o tym opóźniej.

W tym wpisie kolejno opiszę:

  1. Błędna diagnoza i pobyt w szpitalu
  2. Szpitalny dobry duch
  3. Dieta głodowa
  4. Dlaczego lekarze popełniają błędy?

Błędna diagnoza i pobyt w szpitalu

Od kilku lat zmagam się z pewnymi dolegliwościami, których przyczyna nie jest jednoznacznie ustalona. Pomimo, że zmagam się z niedoczynnością tarczycy z przebiegiem Hashimoto moja tarczyca jest leczona i nie powinna dawać takich objawów. Przy okazji ostatniej konsultacji z lekarzem zlecono mi badania krwi. Spokojnie oczekując w domu na wyniki otrzymałam alarmujący telefon od lekarza: z uwagi na podejrzenie zatorowości płucnej wymagana natychmiastowa hospitalizacja. Ze względu na stan zagrożenia życia niezwłocznie pojechałam na ostry dyżur do Samodzielnego Publicznego Centralnego Szpitala Klinicznego w Warszawie przy ul. Banacha 1a.

Był czwartek wczesny wieczór. Na Izbie Przyjęć kilka osób czekało już na wstępne badanie przez lekarza dyżurnego. Po ok. godzinie wywołano moje nazwisko. Lekarzem dyżurnym była starsza pani doktor, wyraźnie zmęczona dyżurem, która przeprowadziła ze mną krótki wywiad. Ciekawe było to, że doktor nie chciała poznać moich wcześniejszych wyników badań i skupiła się głównie na moim stanie obecnym. Tak czy inaczej nie mogła zignorować wyniku badania, z powodu którego trafiłam do szpitala i po chwili przyjęła mnie na oddział chorób wewnętrznych. Na 7 piętro bloku D szpitala Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, na wózku zawiózł mnie sanitariusz. Leciwy Pan nie potrafił nawet odczytać z dokumentu numeru piętra, uskarżał się na swój wiek i niedowidzenie co bardzo mnie zdziwiło mając na uwadze fakt, że znajdujemy się w szpitalu, a on opiekuje się chorymi. Po dotarciu na miejsce pielęgniarka oddziałowa ulokowała mnie w dwuosobowym pokoju, gdzie leżała starsza pani, jak się potem okazało chora na serce.

Gdy przyjechałam na oddział właśnie trwał obchód, po około dwóch godzinach przyszedł do mnie lekarz dyżurujący aby przeprowadzić ze mną wywiad chorobowy. Rozmowa trwała około 20-30 minut. Tylko ten jeden lekarz spośród wszystkich, którzy badali mnie podczas tego pobytu w szpitalu zajrzał w moją dokumentację medyczną. Przy moim rozpoznaniu naturalnym jest natychmiastowe wykonanie badania TK czyli Tomografii Komputerowej celem określenia dokładnego stanu pacjenta. I tu nastąpił bardzo ważny moment. Mimo, że doktor był mocno zmęczony kilkunastogodzinnym dyżurem co było wyraźnie widoczne, zachował się bardzo przytomnie i zlecił ponowne badania krwi m.in. sprawdzające wynik uzyskany w poprzednim laboratorium. Wspomniał, że wynik ten może być obarczony błędem, np. w wyniku złej procedury zastosowanej w laboratorium. Na pobranie krwi czekałam do 23:00 po czym zniecierpliwiona i głodna (nie wolno mi było nic jeść, a ostatnim moim posiłkiem były owoce o godz. 15) poszłam do pokoju pielęgniarek. Okazało się, że pobranie krwi opóźnia się przez awarię systemu komputerowego, który jest niezbędny do wydrukowania odpowiedniej naklejki na probówkę. Czekałam jeszcze pół godziny do pobrania krwi i wyczerpana zapadłam w sen. Jedyne co jeszcze pamiętam z tej nocy to krótka wizyta lekarza, który wpadł do sali oznajmiając mi, że wynik jest… 10 krotnie niższy od tego, z którym trafiłam do szpitala i by nie męczyć mnie więcej przyjdzie rano. Na odchodne dodał jeszcze, że nie będzie na razie zlecał tomografii, bo szkoda na to mojego zdrowia.

Dopiero później dowiedziałam się, że jedno badanie TK odpowiada nawet 400 dawkom zwykłego badania RTG, przez co wg Wikipedii: „w niewielkim, ale zauważalnym stopniu wzrasta ryzyko raka”, nie mówiąc już o potencjalnym uszkodzeniu nerek czy też wystąpieniu reakcji alergicznej na środek kontrastowy na bazie jodu podawany przy badaniu. Rano lekarz odwiedził mnie ponownie, zlecił kolejne badania krwi, ale już bez tego najistotniejszego wykonanego w nocy, sądząc, że z rana laboratorium jest najbardziej obciążone i nie chce aby  powtórzyła się sytuacja z błędnym wynikiem. To było moje ostatnie spotkanie z tym lekarzem. Wszystko to co wydarzyło się po „śniadaniu” – które okazało się jedynym zjadliwym posiłkiem w ciągu 3 dni – to był totalny CHAOS, ale o tym napiszę w kolejnej aktualizacji…

Szpitalny dobry duch

Ostatnio zakończyłam na zjadliwym śniadaniu… powiem Wam, że owsianka i jajko na twardo pozytywnie mnie zaskoczyły ;) Był to pierwszy i jedyny posiłek który dało się zjeść :) Z rana odbył się również obchód z profesorem. Wcześniej przyszła do mnie salowa i prosiła aby zrobić porządek zapowiadając tym samym wizytę profesora. Ta rytualna wręcz wizyta okazała się skromnym nawet nie 5 minutowym postojem nad łóżkiem i zrobieniem co najwyżej dwu zdaniowych notatek. Pan profesor w milczeniu wyszedł z sali.

Nastało wielkie oczekiwanie na nie wiadomo co… Cieszyłam się chociaż z tego faktu, że nie byłam w sali sama. Leżałam z bardzo sympatyczną Panią, z którą szybko znalazłam wspólny język. Pani Ewa leżała w szpitalu już od wtorku czyli 2 dni dłużej niż ja. Skarżąc się na bóle w klatce piersiowej przyszła na ostry dyżur. Okazało się, że jak to w życiu bywa – w jej chore serce wbity był nie jeden cierń trudnych doświadczeń. Zmarły mąż alkoholik, nieustabilizowana sytuacja z córką, która ma żal do matki o dzieciństwo, perypetie związane z pracą, miłością.

Podczas naszych wspólnych chwil w szpitalnym pokoju rozmawiałyśmy wiele o życiu, a nawet dowcipkowałyśmy na temat sprawujących tam nad nami opiekę personelu… uznałyśmy w końcu obie, że co jak co, ale więcej „obserwujemy” się nawzajem, a niżeli robią to specjaliści… Pani Ewa okazała się osobą wrażliwą, co w dzisiejszych czasach nie jest zbyt powszechne. Podczas naszych rozmów powiedziała, że bije ode mnie ciepło i bardzo jej pomogłam w zrozumieniu sytuacji z córką… Gdy wychodziłam ze szpitala żegnając się Pani Ewa uroniła kilka łez i sama dała mi radę, którą zapamiętam do końca życia (być może napiszę o tym kiedyś osobny wątek). Mój wniosek z tego spotkania jest taki, że dobrzy i uczciwi ludzie nie wywodzą się w dzisiejszych czasach z ”dostatku’’, ale w wyniku nie zawsze szczęśliwych doświadczeń. Kiedy wróciłam w poniedziałek po właściwy wypis i zajrzałam do sali gdzie razem leżałyśmy, Pani Ewy już nie było. Mam nadzieję, że razem z córką będą potrafiły dojść do porozumienia, aby dać sobie drugą szansę i rozpocząć zupełnie nowe życie bez ciążących przyzwyczajeń. Pani Ewa była podczas tych kilku dni moim dobrym szpitalnym duchem :) A na deser po niedobrym obiedzie zjadłyśmy sobie coś spoza szpitalnej kuchni na osłodę ;)

Przez niecałe trzy dni mojego pobytu w szpitalu do pokoju lekarz wszedł trzy razy sprawdzić ”jak się czuję” lub informując o wynikach badań krwi. Na każdorazowe moje pytanie jaki jest plan leczenia nikt nie potrafił mi odpowiedzieć, zawsze kończyło się to zdaniem „jeszcze nie wiem, muszę pomyśleć” i natychmiastowym wyjściem z pokoju. Nie udzielono mi odpowiedzi na pytanie jakie badania są przeprowadzane ani jakie są ich wyniki po za tym że „większość jest w normie”. I tak do soboty, kiedy to koło południa po raz kolejny zapytałam lekarza dyżurującego jaki jest plan? Jak zwykle otrzymałam odpowiedź, że nie wie… Prowadząca Pani doktor nie zleciła żadnych badań, tylko obserwację i poszła na weekend do domu. Uznałam, że po 2 dniach bezczynnego leżenia nie spędzę tam ani godziny dłużej i wypisałam się na własne żądanie.

Rysunek autorstwa Dąbrowskiego. Samo życie  ;)

Dieta głodowa 

Podczas tego pobytu, a także na bazie wcześniejszych doświadczeń dochodzę do wniosku, że jeśli Twój stan nie jest bardzo poważny albo nie jesteś umierający, to nikt w szpitalu się Tobą nie zajmie. Posiłki, które podają można nazwać dietą głodową. Zupa z wody i mąki – nawet gdybym próbowała to powtórzyć nie wyszłoby tak okropnie, kawałek ryby z wody bez żadnych przypraw, trzy kromki jasnego pieczywa z dwoma plasterkami kiełbasy szynko-podobnej lub kapką twarożku – najniższej jakości, bez smaku. Nie rozumiem jak chory organizm ma się wzmacniać na takiej diecie… Gdyby nie pomoc z zewnątrz umarłabym z głodu :)

Śniadania:

Obiad:

Kolacja:

 

Dlaczego lekarze popełniają błędy?

Najbardziej jednak z tego wszystkiego porażała mnie ignorancja, brak odpowiedzi na zadawane pytanie, totalny brak koncepcji co do diagnostyki i leczenia. Gdy przeszłam się po oddziale, a także wstąpiłam do pokoju lekarzy, zobaczyłam w jakich warunkach pracują, iloma pacjentami się zajmują, dowiedziałam się jakimi procedurami się kierują i w pewnym stopniu – odpowiedziałam sobie na wszystkie stawiane pytania. Jestem przekonana, że jakkolwiek by nie było, człowiek musi przede wszystkim walczyć o swoje zdrowie sam, gdyż to co czuje może być równie istotne w zetknięciu z medycyną co wyniki badań. O tym także wspomina autor książki „Jak myśli lekarz?” Jest to książka o tym co dzieje się w głowie lekarza, kiedy leczy swojego pacjenta. Autor podkreśla, że często (oczywiście nie zawsze!):

  1. Lekarze nie potrafią zadawać sensownych pytań, cierpliwie słuchać odpowiedzi i uważnie obserwować.
  2. Lekarze nie zastanawiają się głęboko nad problemami pacjentów.
  3. Sposób nauczania do zawodu studentów medycyny wzbudza wątpliwości. Nauka oparta na naśladownictwie starszych stażem lekarzy, w ten sposób młodzi lekarze przejmują podejście do diagnostyki i leczenia zamiast korzystać z najnowszych możliwości
  4. Dochodzą do tego procedury, ograniczenia, kontrakty z NFZ czy ingerencja towarzystw prowadzących ubezpieczenia zdrowotne, które decydują o uznawaniu bądź nie konkretnych badań i procedur leczniczych.
  5. Nowoczesna aparatura nie może zastąpić ludzkiego myślenia o tym, co widać, i o tym czego nie widać. Wielu klinicystów czy też radiologów używa mylnych stwierdzeń pod którymi może kryć się kilka interpretacji, opisy powinny być usystematyzowane i ustandaryzowane aby były tak samo zrozumiałe dla każdego lekarza.
  6. Powinniśmy mieć również świadomość możliwego błędu przez ograniczenia punktu widzenia jednej osoby, gdy dochodzi do podjęcia kluczowych decyzji pamiętajmy o możliwości konsultacji lekarza z innym specjalistą.

 

Nowoczesne podejście do diagnostyki ma charakter drzewa decyzyjnego, gdzie pniem jest główny objaw, z którego odchodzą strzałki oznaczone pytaniami potwierdzającymi lub zaprzeczającymi towarzyszącym objawom i dalej odnoszące się do wyników badań laboratoryjnych. Taki sposób jest korzystny w przypadku rozróżnienia chorób o podobnym charakterze. Gorzej jeśli objawy są niejednoznaczne albo nakłada się ich zbyt wiele zaciemniając obraz albo kiedy wyniki badań są niejednoznaczne. W takich sytuacjach najbardziej potrzebujemy mądrego lekarza, który podejmie leczenie wykraczające po za wyniki badań statystycznych (oparty na dowodach naukowych), gdyż w praktyce powinno się je brać pod uwagę, ale nie trzymać się ich kurczowo. Statystyka nie może przesłaniać ludzkiej istoty – indywidualnego przypadku.

Autor książki opowiada o tym wszystkim na wielu przykładach pacjentów, a także badań prowadzonych pod kątem prawidłowego diagnozowania. Książka jest bardzo ciekawa i polecam po nią sięgnąć każdemu kto interesuje się medycyną, a także jest pacjentem i ma ograniczone zaufanie do służby zdrowia. W książce znajduje się wiele wskazówek jak rozmawiać z lekarzem, aby zminimalizować możliwość popełnienia błędu.

Jeśli i Wam zdarzyła się błędna diagnoza dajcie znać. Jestem też ciekawa co sądzicie o podejściu lekarzy do pacjenta i warunkach panujących w szpitalach? Co byście zmienili?

  • Iwona Dobrzyńska

    Och,temat,który poruszasz,to niekończąca się historia. Błędy,zaniedbania,lekceważenie i brak szacunku dla pacjenta oraz wynikające z tego błędne diagnozy,to codzienność w wielu szpitalach. Niedawno na oddziale pulmonologicznym u mojej mamy cierpiącej na chorobę palaczy,stwierdzono grypę,jednak było to zapalenie płuc. Niepoprawnie zdiagnozowana i nieodpowiednio leczona,moja mama zmarła. Nie ufam już lekarzom.

    • Przykro mi. Nie powinno dochodzić do takich sytuacji, nie dziwię się, że straciłaś zaufanie do lekarzy.

  • agniecha4791 .

    Jedno wielkie nieporozumienie!!!!!!!!!! Opieka medyczna to jest temat rzeka. Lekarka w przychodni postawiła mi błędną diagnozę :-( Gdyby nie mój upór i olanie kobiety dzisiaj nawet nie chcę myśleć jak by się to wszystko mogło skończyć. Ja rozumiem ,lekarz też człowiek,ale on odpowiada za nasze zdrowie, niekiedy życie – musi być przytomny i skoncentrowany.

    • Trzeba walczyć o własne zdrowie, nie wiem jak konkretnie wyglądała Twoja sytuacja, ale dobrze, że nie odpuściłaś.

      • agniecha4791 .

        Powiem tak………….najczarniejszy scenariusz to wózek inwalidzki. Zamiast dostać skierowanie do specjalisty, dostałam leki przeciwreumatyczne i pani doktor pozwoliła mi pojechać na urlop z uszkodzonym kręgosłupem, gdzie czas oczywiście działał na moją niekorzyść. Wkurza mnie fakt,że dzisiaj pacjent musi posiadać jakąś minimalną wiedzę medyczną, żeby nie dać sobie zrobić krzywdy w przychodni czy szpitalu. Tak samo jak sanepid organizuje minimum sanitarne, to powinny być kursy minimum medyczne dla zwykłych ludzi :-P

        • Generalnie uważam, że szkoła powinna uczyć przydatnych nam w życiu rzeczy :) Chociażby prawa, ludzie go nie znają i przez to często nieświadomie są oszukiwani przez różne firmy. Niestety nieznajomość prawa szkodzi. Dobrze, że wywalczyłaś swoje :)

  • Arya Stark

    Co do obchodzenia się z ludźmi w szpitalu przytoczę ciekawy przykład mojej Mamy: w piątek o 15 w prywatnej przychodni postawiona diagnoza zapalenia otrzewnej. Biegiem jazda do szpitala. O której nastąpiło przyjęcie? 23.48. Na SORze siedziało może 4 pacjentów, a lekarz gdzieś się bujał. I mimo, że pracuję w służbie zdrowia, to jestem traktowana tak samo jak każdy pacjent a to ekstra traktowanie to mit.
    Co do TK: Wikipedia podaje różne rzeczy a mało które potwierdzone są odpowiednimi źródłami. Promieniowanie kosmiczne, którego ogromne ilości codziennie przechodzą przez nasze ciało także może powodować nowotwory. Kontrastów są dwa typy i jeśli ktoś ma podejrzenia, że może być uczulony, to wybiera się typ II i przy takim badaniu obecny jest lekarz wraz z zestawem przeciwwstrząsowym. A oprócz tego TK jak i PET (znacznie droższa procedura) to najlepsze narzędzia diagnostyczne, bo tam widać właściwie wszystko, choć oczy lekarza radiologa i jego wiedza są równie ważne. Badania krwi czy prześwietlenie to preludium do diagnozowania w ogóle.
    I taka moja uwaga: dzisiaj pacjenci są roszczeniowi, ale niewymagający. A powinno być dokładnie na odwrót, bo swoją postawą udowadniają często, że przychodzą do szpitala, przychodni tylko w celu wywołania awantury jednocześnie nie wymagając od lekarza, żeby spełnił swój obowiązek: informował, leczył, pomagał. Daleka edukacyjna droga przed nami.

    • Dziękuję za Twoją opinię, to ciekawe co piszesz. Co do kontrastu pytałam o to lekarza i za nic nie chcieli mi dać tego bezpieczniejszego, nawet zważywszy na fakt, że mój endokrynolog zakazał mi przyjmowania jodu w jakiejkolwiek formie. Na szczęście nie doszło do TK.

      • Arya Stark

        No to bardzo nieładnie się zachowano.
        To co powiem pewnie wyda się mocno kontrowersyjne, ale uważam, ze TK robione raz na 2-3 lata powinno być obligatoryjne. Pomijam aspekt finansowy, to zupełnie inna rzecz, ale zdecydowanie łatwiej diagnozowałoby sie przeróżne choroby i zdecydowanie szybciej.
        Jeszcze gwoli promieniowania: w Polsce są bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące zabezpieczeń przed promieniowaniem. Przykładowo w krajach UE aparaty punktowe stomatologiczne nie są objęte żadnym nadzorem, bo dawki emitowane są znikome. U nas dokładnie takim samym jak mammografy czy właśnie TK.
        A biorąc pod uwagę, że typowych „rzęchów” z czasów PRL to są już pojedyncze sztuki (znów podziękowania dla Unii) nie ma się czego obawiać. Mamy naprawdę dobrej jakości sprzęt światowej klasy. Kwestia zrobienia z tego dobrego użytku.

  • Anita Barbara

    Ja mam jak najgorsze zdanie o naszej opiece medycznej. Po pierwsze lekarze pierwszego kontaktu. Są niedouczeni, lekceważący objawy, wyniki, nawet te krzyczące jak się okazało. Lekarze w szpitalu podobnie. Wykonują badania na starych aparatach wiedząc, że są niewiarygodne. Jednostkowe badania. Do dziś trudno mi w to uwierzyć, ale też są niedouczeni, krótkowzroczni. Albo po prostu czy się stoi, czy się leży… Krzyczące objawy nowotworu zostały nierozpoznane, przez rok. Potem było już za późno. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo to jeszcze świeża sprawa. W każdym razie kiedyś myślałam, że negatywne o naszej służbie zdrowia są wyolbrzymiane. Nieprawda. Niestety ta nieprawda kosztuje życie. Nawet jak będziemy mieli super sprzęt i super szpitale, to to nic nie da, bo najsłabszym ogniwem naszej służby zdrowia jest człowiek.

    • Arya Stark

      Zgadza się i to jest pokłosie szumu sprzed kilkunastu lat o niskich zarobkach lekarzy. Pamiętam jak całe społeczeństwo grzmiało, że lekarz musi dobrze zarabiać. No i prawda, tylko że za tym powinna iść adekwatna usługa.
      Dzisiaj większość personelu medycznego jest przyzwyczajona do tego, że zawsze będą mieli, choć nowe pokolenie już dostrzega, że pacjenci coraz bardziej walczą o siebie. No bo niestety, jeśli my się nie upomnimy, to nikt tego za nas nie zrobi. I nie w ukłonach do doktora, tylko konkretnie i rzeczowo, żeby potem kubła pomyj nie wylewać na pielęgniarki, rejestratorki czy techników.

      • Anita Barbara

        Dokładnie, masz racje. Ta ich mentalność przeraża, bo są rozbestwieni. Jak to na państwowych posadkach…

        • Arya Stark

          Mało kto wie, że lekarz będący na kontrakcie (czyli ile wyrobi tyle jego, nie ma limitów siedzenia na zadku w szpitalu) bardzo często ma opłacany urlop. W tym samym czasie technicy rtg na kontraktach mają radosną figę z bardzo drobnym maczkiem. A pacjenci im jeszcze koniaczki, wódeczki…choć to już passe… teraz nosi się precjoza adekwatne do hobby, np. nowy model sztucera czy inne cudeńka.

          • Anita Barbara

            Ech…

    • W moim przypadku lekarze pierwszego kontaktu okazali się bardziej pomocni jak specjaliści. Aczkolwiek zgadzam się z większością Twojej wypowiedzi, dla mnie wadliwy jest system… podobnie jak w edukacji, lekarz uczony jest do zawodu jak ”rzemieślnik”, uczy się pewnych procedur i gdzieś po drodze gubi indywidualne podejście oraz myślenie. Są oczywiście mądrzy lekarze, ten do którego trafiłam na początku zdawał się być najbardziej zainteresowany moim przypadkiem (pomimo sporego pośpiechu i zmęczenia), niestety jak tylko nastał poranek już go nie było i przyszedł obchód z profesorem, który zapytał co mi jest ;)

      • Anita Barbara

        U nas było odwrotnie i nie mogę tego odżałować. Gdybyśmy na początku trafili na kogoś innego w przychodni, a potem w szpitalu…Nie byłoby tak drastycznie. Ale człowiek wierzy, jest dobrej myśli, bo nie kończył medycyny przecież. Nie spodziewa się takiej ignorancji i niewiedzy. Tymczasem specjaliści, do których koniec końców dotarliśmy, sami byli w szoku, że ich koledzy są takimi ignorantami. Za głowę się łapali. Bo pacjentem był młody człowiek, trzydziestopięciolatek. Ech, szkoda słów.

  • Magdalena Niedźwiedzka

    Najgorzej jest chyba w przychodniach na dyżurach świątecznych. Poszłam raz w niedzielę z wysoką gorączką i ogólnie złym stanie zdrowia, to Pani doktor, która wyglądała 10 razy gorzej niż ja, najpierw na mnie nakrzyczała, że weszłam w kurtce, a potem dała mi do zrozumienia, że niepotrzebne przychodziłam, bo trzeba było wziąć Gripex. Na szczęście okazało się, że to po prostu przeziębienie, ale potraktowanie przez Panią doktor… szkoda gadać…

    • Pani doktor, która mnie przyjmowała na ostrym dyżurze w rozmowie ze mną ze zmęczenia miała zamknięte oczy, które co jakiś czas tylko otwierała… naprawdę nie wiem ile musiała już pracować, ale chyba umysł w takim stanie nie jest zbyt efektywny…

  • Jolanta Żak

    Ja również mam niestety niemiłe doświadczenia ze szpitaem ale to długa historia więc nie będę jej tu przytaczała. Co to opisałaś to już jakaś masakra, a jeśli chaos ma dopiero nadejść to jestem bardzo ciekawa dalszego ciągu tej historii. U mnie ostatecznie skończyło się dobrze, mam nadzieję że u Ciebie też.

    • Skończyło się o tyle dobrze, że wynik okazał się błędny. Mam nadzieję, że do szpitala już nie wrócę.

  • Kasia

    Ja mam styczność z lekarzami codziennie od prawie 11 lat ( nie jako pacjent tylko z racji wykonywanej pracy ). Niestety moje obserwacje prowadzą do smutnych wniosków. Rzeczywiście w dużej mierze to, co się dzieje jest winą wiecznie zmienianego – podobno ulepszanego – systemu. I każdą sytuację należy zawsze ocenić z dwóch punktów widzenia : lekarza obwarowanego procedurami i pacjenta, który wymaga ( i często ma rację ) ale nie ma wystarczającej wiedzy o zawiłościach funkcjonowania polskiej służby zdrowia. Nie można natomiast zrzucać całego ciężaru winy na system…jak czasem obserwuję podejście lekarzy do pacjentów to ręce mi opadają. Bo człowieczeństwo i empatia nie są ograniczone procedurami, punktami i rozliczeniami z NFZ…
    Kasia

  • Nie miałam okazji być w wielu szpitalach. Ten w którym bywam jest na dość wysokim poziomie jednak zdarzają się lekarze, którzy sprawiają wrażenie jakby przespali kilka wykładów na studiach, pielęgniarki które wychodzą z założenia że pacjent musi poradzić sobie sam. Na szczęście są to pojedyncze przypadki. Niestety kwestia jedzenia pozostawia wiele do życzenia.

    • Dieta szpitalna jest zastanawiająca, a to przecież podstawa o której nie powinno się dyskutować. Podobno w więzieniu skazani otrzymują lepsze posiłki jak chorzy w szpitalu.

      • z tego co się orientuje to nawet nie podobno a na pewno. oprócz tego maja telewizor książki etc, czy w szpitalu uświadczysz takich przyjemności? Książkę poczytasz jeżeli weźmiesz ze sobą.

        • Telewizor w cenie 6zł za 12 godzin – taki luksus miałam ;)

          • o k****e to serio luksus u mnie takich cudów nie ma.

          • Iwona Dobrzyńska

            U nas 2 złote za godzinę

      • Iwona Dobrzyńska

        Czepiasz sie, przecież do śniadania byl liść sałaty:-)

      • Maria Przewłocka

        Agatko – ja byłam w sierpniu 3 dni w Światowym Centrum Słuchu w Kajetanach. Tylko diagnostyka przyczyn szumów usznych. Było super. Lekarz bardzo mili, badania wg wskazań z wizyty. Jedzenie super, w stołówce, ale tak dobre i dużo, że czasem zostawiało się. Są tam ludzie po zabiegach, dużo dzieci. Nadmienię, że jest to tak jakby warunki sanatoryjne. Super !

  • Pani Noemi

    Traktowanie przedmiotowe pacjenta to jedna sprawa, mnie boli to, że tak mało jest kompetentnych lekarzy, wnikliwie analizujących swoich pacjentów.Niestety koncerny farmaceutyczne wywierające ogromny wpływ na środowisko lekarskie, dają nam często medykamenty które nas trują.To przykre.

    • Zgadzam się z Tobą, że często lekarze wydają leki bez większej refleksji, w wyniku czego mogą wyrządzić więcej szkody jak pożytku. Wszystko to niestety zależne jest od człowieka i postawienia diagnozy, która jest wynikiem wielu nakładających się czynników. Pomimo, że istnieją pewne procedury nie ratuje to sprawy, a czasem wręcz zaciemnia obraz.

      • Pani Noemi

        Jak wiesz ja nadal w trakcie diagnostyki :/ W szpitalu nic nie odkryli…:(

        • Przykro mi. Trzymam kciuki, gdybyś coś wiedziała napisz :*

  • Anita

    Studiuję medycynę, w zasadzie jest mi już bliżej końca niż początku. I to co piszesz, że lekarze nie są kształceni prawidłowo, to całkowita racja. Prowadzący, im na wyższych latach jesteś, mają cię całkowicie gdzieś. Wiele zajęć polega na dwugodzinnym oczekiwaniu na prowadzącego na szpitalnych korytarzach. Poza tym nie uczą nas niczego praktycznego, niczego. Edukacja w Niemczech w porównaniu z Polską to jest naprawdę niebo! Dlatego wielu z nas liczy na to, że nauczymy się czegoś na stażu, albo już w trakcie pracy, bo jak inaczej? Książki książkami, ale to właśnie starsi lekarze przekazują wiedzę i dzielą się doświadczeniem.
    Co do NFZ, osobiście uważam, że płacimy za niskie podatki. Znajoma która wyprowadziła się do Paryża, gdy zobaczyła jak wysoką kasę musi wykładać na służbę zdrowia była przerażona. Znacznie więcej niż w Polsce. Ale przynajmniej ona nie boi się zachorować i wie, że zawsze od razu trafi do lekarza.

    • Kami

      Nie mogę się zgodzić z tym co piszesz o kształceniu lekarzy, albo może zależy to od tego na jakiej Akademii. Dwie osoby z mojej rodziny kończyły medycynę, jedna w Bydgoszczy, druga w Katowicach i były oczywiście różne żale ale ogólnie poziom kształcenia był wysoki, mnóstwo nauki i o luźnym życiu studenckim nie było mowy.
      Dopiero na stażu są traktowani trochę jak dzieci, które trzeba dostosować do warunków, ale wiedza praktyczna nadal jest im przekazywana.

      Natomiast płacenia wyższych składek na NFZ nie wyobrażam sobie wcale!!! W Polsce nie o wysokość składek chodzi tylko o rozbudowaną biurokrację i zły i nieszczelny system. Nawet jeśli będziemy płacić wyższe składki nie wierzę, że dostęp do usług medycznych się poprawi.
      Co do postawy lekarzy, ponieważ jestem pacjentką od lat, leczę się specjalistycznie, wiem że lekko nie jest, ale pośród lekarzy są nie sami idioci i łapówkarze. Niekulturalnych i niedouczonych spotkałam wielu ale tyle samo tych z wiedzą i bardzo ludzkich. Nie jest kolorowo, ale nie podoba mi się, że potrafimy tylko narzekać :) Pozdrawiam

      • Arya Stark

        Nie zgodze się a propos składek. Fakt, że podniesienie wysokości składek bez zmian systemowych problemu nie rozwiąże a może i pogorszy sytuację, bo to jest casus dziurawej rury: zamiast zakleić dziurę podnosi się ciśnienie wody, żeby w kranie nadal leciała.
        Niemniej wysokość składek jest żenująca biorąc pod uwagę fakt, ile osób często z nich korzysta. Dla przykładu 4-osobowa rodzina, w której pracuje tylko mężczyzna. Kobieta nie pracując jest ubezpieczona tylko dlatego, że mąż jest, dzieci obligatoryjnie. Jeśli on dostaje najniższą krajową (choć w praktyce może zarabiać zdecydowanie więcej, np potężne premie), to składki są na poziomie 300zł a za te pieniądze kompleksowo leczyć się może miesięcznie cała rodzina! To absurd, bo państwo musi do tego dokładać. Czyli my, nikt inny.
        System nas doi, a mu doimy system. I koło się elegancko zamyka.

        • Kami

          Nie chciałam się już rozpisywać, ale podkreślam, że nie wierzę w poprawę jakości świadczeń jeśli nie będzie zmian w systemie, w takiej sytuacji jaka jest system połknie wszystkie dodatkowe pieniądze a sytuacja pacjenta pozostanie bez zmian., mimo wyższych składek.
          Natomiast to, o czym piszesz w sprawie wysokości składek to oczywiście fakt i zgadzam się. Mogę jednak płacić wyższe składki ale nie za to, co mam teraz a mam słone opłaty za wizyty prywatne, bo nie mogę czekać 6-8 miesięcy. Gdybym miała pewność, że składki są mądrze obliczone dla każdego i dobrze rozprowadzone mogę płacić to, co wydaję na wizyty w gabinetach prywatnych w formie składek. Zdziwię się jednak, kiedy się okaże, że ktoś to u nas z sensem ułoży i wprowadzi w życie.

          • Arya Stark

            Pierwszy krok i to porządny został właściwie zrobiony: karty czipowe na Śląsku. Wprowadził to Sośnierz i zdało egzamin, ALE….ucięło źródełko dochodu dla lekarzy,dla których ratunkiem był kontrakt z NFZem, bo inaczej poszliby z torbami.
            Kiedyś mi się wydawało, że permanentna prywatyzacja świadczeń zdrowotnych wystarczy, żeby sytuacja sie uzdrowiła. Jednak bez reformy samego molocha jakim jest NFZ to mrzonka.
            Dla przykładu, w tym roku wydano ogromne pieniądze na refundację zabiegów in vitro. I słusznie. Tylko te pieniądze popłynęły do miejsc takich jak Novum w Warszawie czy VitroLife w Szczecinie, ale też np znalazła się w zestawieniu placówka, która jeszcze fizycznie nie istniała, albo np Instytut Balneoterapii. Czyli znowu: spróbujmy wydoić forsę jak sie da, bo NFZ dobrze zapłaci. Jakość usług? To się wytnie, jak mawiał klasyk…

          • Kami

            Zgadzam się w stu procentach.

        • Maria Przewłocka

          Są sytuacje, gdzie nikt nie pracuje (tak im dobrze), – dwie osoby dorosłe i dwoje prawie dorosłych uczących się dzieci, żyją z M0PS-u. Ktoś za nich pokrywa koszty leczenia ? Dziwicie się potem, że jest taka marna opieka i kwota żywieniowa w szpitalu;)

          • Arya Stark

            No ja się nie dziwię właśnie, że w imię solidaryzmu społecznego pokrywamy koszty utrzymania świadczeń dla nierobów Dlatego ja nie wierze w Polsce w bycie bezdomnym bo się komuś życie pokaszaniło. Prawdziwa bezdomność to jest w Stanach, gdzie jeśli się nie płaci składek to z automatu nic się nie należy a u nas nie tylko opieka zdrowotna, czyli usługa bardzo droga i noclegownia, gdzie można mieszkać cały czas.
            Póki będziemy utrzymywać takie pasożyty to nic się nie zmieni.

  • Chyba w komentarzach zostało już wszystko powiedziane. Na szczęście jest też wielu dobrych lekarzy, który się starają.

  • Są różni lekarze, jednakże spora ich grupa to ludzie mało wyczulenie na pacjentów…

  • Nebelwerfer

    Niejadalne jedzenie to chyba specjalność szpitala na Banacha. Moi rodzice zaliczyli kilka szpitali (m.in. dużo starszy szpital na Kasprzaka) i tylko tam naprawdę można umrzeć z głodu, bo tego, co jest serwowane, jeść się prostu nie da. W innych szpitalach tego nie było.
    A o tym, jak działa oko profesora, też przekonałem się na Banacha. Kiedy tata leżał w tym szpitalu (a spędził tam kilka miesięcy), zawsze wchodziłem na piętro schodami, nigdy windą. Zakładam, że panowie profesorowie jeżdżą tylko windami, bo przez cały ten czas schodach były zaschnięte ślady krwi. Nikomu nie chciało się machnąć szmatą i porządnie umyć schody.

    • Szpital na Kasprzaka odradził mi nawet lekarz pierwszego kontaktu… nie wiem co się tam dzieje, ale musi się dziać skoro lekarz nie chciał mnie tam posłać.

  • Natalia

    Pamiętam jak sama miałam błędną diagnozę – poszłam do lekarza rodzinnego z zapierającym, pojawiającym się co jakiś czas bólem brzucha. Lekarka pomacała, pobadała i krótko stwierdziła – jestem przewrażliwiona. A to rodzice, a to chłopak, a to studia… Dostałam 30 minutowy wykład na temat odżywiania, stresu, kontaktów damsko-męskich ale dla świętego spokoju dała mi skierowanie do szpitala na USG, oczywiście czas oczekiwania wynosił 3 miesiące. Uparłam się i poszłam prywatnie, okazało się, że „tylko” kamienie. W szpitalu spędziłam 3 dni i nie mogę narzekać na nic. Innym razem byłam w szpitalu bo mój chłopak uszkodził kostkę. Nie wymagaliśmy natychmiastowego przyjęcia, w końcu nie było to zagrożenie życia, ale oczekiwanie 4h po czym usłyszenie „a co pan tu robi? nie zajmujemy się takimi pierdołami!” było trochę szokujące, tym bardziej że zbadanie kostki to sprawy minutowe, mogło to być coś poważniejszego. Obok nas czekała starsza kobiecina ze złamaną nogą… 8 godzinę i nikt się nią nie zajął. Jedna kobieta wyzywała cały szpital, bo wycinali coś jej mężowi bez znieczulenia. A to był jeden wieczór, jeden szpital, boję się co dzieje codziennie w wielu podobnych placówkach.

  • Pingback: Najważniejsze wydarzenia w 2014 roku na BeautyIcon | Beautyicon Blog Opinie i recenzje kosmetyków z nutą lifestylu()

Wszystkie materiały zawarte na łamach bloga są chronione prawami autorskimi, a ich kopiowanie lub wykorzystywanie jest zabronione.

© 2008 - 2016 - BeautyIcon.pl

Social Media